Są ludzie, którzy wiele oddaliby, by przenieść się za ocean. Wierzą w American Dream, każdego roku biorą udział w loterii wizowej i żyją nadzieją na rozpoczęcie nowego życia po drugiej stronie Wielkiej Wody.

Mnie amerykański świat znany z filmów i seriali nigdy jakoś specjalnie nie pociągał. Zresztą moje serce było już zajęte. Wiele lat temu zakochałam się w Hiszpanii i była to miłość z wzajemnością. To od niej dostałam piękne wspomnienia, wspaniałych przyjaciół i cudownego męża.

Los postanowił jednak ze mnie zakpić. Niecały rok temu, wraz z moim Hiszpanem wylądowałam w stolicy USA, Waszyngtonie. Rozpoczęło się oswajanie nowego miasta.

Faza 1 – coś tam wiem

Relacje sprzed Białego Domu czy Kongresu pojawiają się w telewizji regularnie, a Waszyngton, chociaż oczywiście nie może konkurować pod tym względem z Nowym Jorkiem, często pojawia się w filmach i serialach. Nie mogę więc powiedzieć, że przed przyjazdem nic o tym mieście nie wiedziałam. Moja wiedza była jednak ograniczona – powieszchowna i bardzo fragmentaryczna.

Sprawy związane z przeprowadzką na inny kontynent pochłonęły mnie na tyle, że nie było zupełnie czasu, by kopać głębiej i szukać ciekawostek o moim nowym miejscu zamieszkania. W stolicy USA wylądowałam więc może nie kompletnie zielona, ale można powiedzieć, że zielonkawa.

Faza 2 – i to już wszystko?

Pierwszą wycieczkę do centrum, a właściwie Downtown, pamiętam znakomicie. Sierpień, gorąco jak diabli, a do tego wilgotno. Zwiedzanie National Mall, czyli ciągnącego się przez kilka kilometrów ciągu federalnych budynków i terenów zielonych rozpoczynam od budynku Kongresu. Niestety okazuje się, że jego kopuła jest w remoncie, a rusztowania przysłaniają jego piękno. Przez chwilę czuję rozczarowanie, ale pocieszam się, że jeszcze nie raz ujrzę budynek w pełnej krasie.

Ruszam w drogę do Washington Monument po drodze mijając siedzibę FBI i liczne muzea. Obelisk niespodziewanie wywiera na mnie dość pozytywne wrażenie. Niby to tylko wielki, biały kamień wystający z ziemi, ale otoczony flagami i umieszczony na zielonym wzgórzu z widokiem na Mauzoleum Lincolna ma swój swoisty urok.

Odbijam nieco w prawo, by na własne oczy zobaczyć jeden z najsłynniejszych budynków na świecie – Biały Dom. Siedziba prezydenta USA jest rzeczywiście piękna, aczkolwiek na tle postawnych federalnych gmachów wydaje się zaskakująco mała.

Wracam na National Mall w pobliże zbiornika wodnego zwanego Reflecting Pool. No co, jak co, ale talentu do poetyckich nazw to Amerykanie nie mają. W wodzie można zobaczyć odbity obraz obelisku, a także Lincoln Memorial, gdzie kieruję swoje kroki. Ogromna rzeźba prezydenta robi na mnie niesamowite wrażenie, a całe miejsce wygląda jak świątynia i taka też w nim panuje atmosfera.

Na odwiedzinach u Lincolna moja pierwsza wycieczka się kończy. W drodze powrotnej do domu rozmyślam nad tym, jak wspaniale było zobaczyć te wszystkie znane mi przecież ze zdjęć czy telewizji miejsca na własne oczy. Uśmiecham się pod nosem, ale chwilę później pojawia się też rozczarowanie. No bo jak to? To już? Już widziałam wszystko? To co ja tu będę robić przez następne dwa lata?

Faza 3 – zachwyt

Napędzana rozczarowaniem, że tak szybko poznałam wszystkie tajemnice Waszyngtonu (a przynajmniej tak mi się wydawało) przeczesuję internet w poszukiwaniu ciekawostek i informacji o moim nowym mieście.

Nagle wydaje się, że atrakcje, które tu na mnie czekają nie mają końca. Liczne muzea, Biblioteka Kongresu, Katedra, Fabryka Dolarów, Ogród Zoologiczny… A do tego dochodzą jeszcze sezonowe wydarzenia, jak np. Festiwal Cherry Blossom, wiosenne i jesienne zwiedzanie ogrodów przy Białym Domu czy coroczne dni otwarte ambasad. Zaczynam mieć wątpliwości czy straczy mi czasu, by to wszystko zobaczyć, zwłaszcza, że większość atrakcji jest za darmo.

Jestem zachwycona Waszyngtonem i szczęśliwa, że akurat tu rzucił mnie los. Postanawiam również skorzystać z okazji i poodróżować nieco po Stanach.

Faza 4 – baza wypadowa

Skupiając się na planowaniu kolejnych wypraw czy to na Florydę, czy to do Las Vegas tracę nieco zainteresowanie Waszyngtonem. Moje miasto z pełnego atrakcji miejsca staje się dla mnie jedynie bazą wypadową. Tracę nieco zapał w wyszukiwaniu okolicznych miejsc wartych odwiedzenia, ciągnie mnie dalej, chcę zobaczyć więcej.

Faza 5 – radość i równowaga

Po jakimś czasie dociera do mnie, że zaczęłam traktować Waszyngton jak nudne miejsce, do którego muszę wrócić po ekscytującej podróży. Zdaję sobie sprawę, że wpadłam w pułapkę życia od wyprawy do wyprawy i że zdecydowanie nie wpływa to pozytywnie na mój poziom zadowolenia.

Z pomocą przychodzi “obowiązek” prowadzenia bloga. Mobilizuje mnie do tego by szukać, odkrywać i przeżywać. Na początku przede wszystkim, by mieć o czym pisać, ale niedługo później znów zaczyna mi chodzić o coś więcej.

Zaczynam odkrywać Waszyngton na nowo, doceniać to, jak ciekawych ludzi można tu spotkać. Okazuje się, że mój sąsiad zaprojektował i wykonał rekwizyty do oryginalnego broadwayowskiego Króla Lwa. W piwnicy ma drewniano-metalową konstrukcję, którą zakładał aktor grający Pumbę. Czyli wychodzi na to, że… Pumba jest moim sąsiadem. Dowiaduję się także, że mój nauczyciel angielskiego pracował przez pół roku w Białym Domu za czasów prezydentury Clintona, a także poznał większość prezydentów z Keneddym włącznie.

Przchodzi wiosna, zakwitają najpierw magnolie, potem wiśnie, miasto wygląda jak z bajki i znowu czuję radość, że tu mieszkam. I chociaż nie przestały mnie kusić dalsze wyprawy, to nie wracam już z podróży z kwaśną miną, ale ze świadomością, że piękne i ciekawe miejsca mogę odkrywać także bliżej domu.

Jeśli chcecie towarzyszyć mi w tych bliższych i dalszych wyprawach, to zapraszam Was serdecznie do odwiedzenia mojego bloga – http://podrugiejstroniewody.blogspot.com

Autorką tekstu i zdjęć jest Kasia z bloga Po drugiej stronie wody

TagsUSA
Share:
%d bloggers like this: