EMIGRACJAMY POLKI

CO ŁĄCZY HOLENDRA I PORTUGALCZYKA?

Holandia, deszczowe popołudnie, autostrada pod Amsterdamem, kwiecień roku 2011. Przeprowadzamy się z jednego końca Holandii do drugiego, jestem w ósmym miesiącu ciąży. Na drodze ruch, jak zawsze o tej porze, auto za autem, wszyscy się spieszą. Na tylnym siedzeniu siedzi nasza półtoraroczna córeczka, auto załadowane jest po brzegi pudłami i pakunkami.

Jest korek, raz po raz ruszamy z miejsca, by za chwilę znów stanąć. Podziwiamy jadącą przed nami czerwoną corvettę. Na autach się nie znam nic a nic, potrafię jedynie rozróżniać ich kolory, ale nawet i moje oko totalnego laika potrafi ocenić, że to nie byle co. Korek jakby złagodniał, więc pojazd rusza, my za nim. Nagle gwałtownie hamuje, a nasze auto uderza w zderzak corvetty i odbija czarną farbą ślad na czerwonym lakierze. Zamieram. Z ust mojego męża pada nie pamiętam już co, ale ładne to nie było. Siedzę jak wryta na miejscu pasażera, obawiając się najgorszego. Oczyma wyobraźni widzę rękoczyn, do którego zaraz dojdzie ze strony właściciela luksusowego pojazdu, a uszy wyobraźni już układają cała wiązankę, jaka zaraz do nich dotrze.

Drzwi auta przed nami powoli otwierają się, tworząc po obu jego stronach czerwony, jakby ironiczny uśmiech. Widzę dwóch osiłków, idących w naszym kierunku. Chcę się w tym momencie znaleźć na Karaibach albo na Seszelach, gdziekolwiek, z koktajlem w dłoni, ciesząc się słońcem, nie myśląc o podejrzanych typach i czerwonych pojazdach za miliard i jeden milion jakichkolwiek walut. Ani o ich zderzakach. Tym bardziej porysowanych. Szykując się na najgorsze, powoli otwieram okno z mojej strony. Osiłek numer 1 podchodzi do mnie i dostrzega mój wielki brzuch. Otwiera usta, a ja przymykam oczy, aby jakoś przetrawić holenderską wiązankę. – „O nie, nic ci się nie stało? Jesteś w ciąży! Musisz jechać do szpitala? Boli cię coś?”

Ja chyba śnię. W międzyczasie osiłek numer 2 podchodzi z drugiej strony do mojego męża siedzącego za kółkiem. „Dzień dobry, ale pech, co?” – Uśmiecha się. Ja też, nieśmiało. A może to jakiś podstęp? Wychodzimy z auta, a osiłki podają nam rękę. Okazuje się, że są właścicielami klubu motorowego, którego siedziba znajduje się niedaleko, proponują nam więc, abyśmy się razem tam udali w celu spisania formalności. Udajemy się więc, a ich niebiański spokój mnie oszałamia. Spisujemy papiery, mnie ciężarnej dostaje się nawet herbatka. Na koniec podajemy sobie ręce, słysząc: „Przecież kraksy się zdarzają, nie ma problemu!”

Na odchodne życzą mi udanego porodu.

Portugalia, Ponte de Lima, obchody miejscowego święta Feiras Novas, wrzesień roku 2017.
Nad brzegiem rzeki Limy, w centrum miasta rozłożyły się liczne kramy oraz stoiska, wśród których krąży, jak dzień i noc długie, nieprzebrany tłum. Wesołe miasteczko ustawiło się zaraz obok, a z niezliczonych karuzeli dobywają się śmiech i okrzyki radości.

Stajemy przy jednej z kolejek górskich. Za chwilę ruszy w górę, porywając ze sobą nasze dzieci, które już siedzą na krzesełkach i machają do nas. Już bramka ma się zamykać, kiedy podbiega do kasy biletowej roześmiana grupka dorosłych: szybko kupują bilety i ładują się na kolejkę. Widać, że świetnie się bawią, da się zauważyć, że „przewodzi” im jedna z kobiet.

Czas ruszać. Do każdego z pasażerów podchodzi młody mężczyzna z obsługi i prosi o bilety. Wszyscy, włącznie z naszymi córkami, posłusznie podają papierek. Pan zwraca się również do wesołej grupki – wszyscy oddają mu bilet, oprócz… pani „przewodniczki”. Ta twierdzi, że takowego nie posiada, ponieważ „przyprowadziła całą grupę i należy się jej darmowy przejazd”. My z dołu obserwujemy całą sytuację, ciekawi, jak się rozwinie akcja. Pan z obsługi niczym nie zrażony wyciąga w kierunku roześmianej pani rękę, prosząc o bilet. Pani nadal twierdzi, że go nie posiada i posiadać nie ma zamiaru. Po kilku próbach wyegzekwowania biletu pan głęboko wzdycha, mówiąc, że w regulaminie nie ma wzmianki o darmowych przejazdach w przypadku przyprowadzania większych grup, widząc jednak, że nic nie wskóra, macha ręką i zamyka bramkę. Kolejka rusza. Z panią-przewodniczką na pokładzie.

Co łączy te dwie sytuacje?

Przeprowadziwszy się z Holandii do Portugalii stwierdziłam, że pomimo dość niewielkiego jak na skalę światową oddalenia od siebie, kraje te i ich mieszkańców nie łączy prawie nic. Portugalska rzeczywistość jest od holenderskiej tak odmienna jak daleki jest wschód od zachodu, a czerń od bieli. Zarówno, jeśli mowa o krajobrazie, kulturze jedzenia i picia, poprzez klimat, a skończywszy na mentalności mieszkańców obu krajów, wszystko cechuje całkowita odmienność. Poszukiwałam więc choć jednej rzeczy, cechy, zalety, która połączyłaby moje dwa kraje zamieszkania. I znalazłam, porównując kilka sytuacji, których doświadczyłam mieszkając w Holandii jak i obecnie, w Portugalii, dwie z nich opisując powyżej.

To spokój mieszkańców, w każdej sytuacji.

Holendrzy są mistrzami rozwiązywania problemów i wychodzenia z opresji, opierając się na rozsądku, umowie, podaniu ręki. Nauczyłam się od nich w tej kwestii wiele, poskramiając nieco moją słowiańską naturę, która od razu chciała wywoływać wojny. Holender jest asertywny, wyrazi spokojnie swoją rację, nigdy się nie obrażając, przyjmie krytykę ze stoickim spokojem i spróbuje znaleźć pole zgody. Nie uniesie się, bo to by była oznaka słabości. Do końca życia będę wspominać liczne sytuacje, zwłaszcza w pracy, kiedy urzekł mnie i wiele nauczył spokój osób, z którymi miałam do czynienia.

Portugalczycy są mistrzami nie wchodzenia w konflikty. Mieszkam dość krótko w tym malowniczym kraju i jeszcze nie do końca poznałam przyczynę ich łagodności, spodziewam się jednak, że pomijając ich mentalność, powodem może być fakt, że krytyka jest dla nich bolesna, a naród ten wydaje mi się być bardzo wrażliwym. W odróżnieniu od Holendrów, wykładających kawę na ławę w każdej okoliczności, Portugalczycy ostrożnie stąpają po gruncie krytyki, bojąc się ją wyrazić, a także przyjąć. Myślę, że wiele razy gryzą się w język, zanim coś powiedzą, po to, aby nie urazić rozmówcy. Sytuacja z wesołego miasteczka, którą opisałam wyżej może opisywać tę cechę ich natury: to niechęć wywołania jakiegokolwiek zgrzytu, konfliktu – lepiej machnąć ręką i zbyć niewygodną sytuację nieśmiałym uśmiechem. Cecha ta jest niewątpliwie urocza: Portugalczycy ujmują swoją łagodnością i dyskrecją. Cieszę się, że przede mną jeszcze wiele lat poznawania innych aspektów ich natury.

Kto wie, może niedługo odkryję inne wspólne cechy obu narodów?

Marta / Portugalia / Matka Polka Holenderka 

Share:
%d bloggers like this: